main

Blog

Jak przekroczyć granicę Naddniestrza (2015)

31/07/2015 — by Magdalena Kuźma0

czolo-960x521.png

Naddniestrze to kraj, który chętnie przyjmuje zagranicznych turystów, chociaż ciągle nie ma ich tam zbyt wielu. Ponieważ jednak ich liczba ciągnie rośnie postanowiliśmy napisać ten post. Może kiedyś będziecie mieli okazję odwiedzić Naddniestrze i będziecie wiedzieli gdzie sięgną po dokładny opis formalności. Procedury są podobne jak na każdej rosyjskiej czy białoruskiej granicy.

PRZEKRACZANIE GRANICY NADDNIESTRZA

Zaczniemy od dobrej informacji – obywatele Unii Europejskiej i USA nie potrzebują żadnej wizy, aby odwiedzić Naddniestrze. To pozawala oszczędzić nie tylko pieniądze, ale też czas, jaki zmarnowalibyście na jej wyrabianie. Jeżeli jednak pochodzicie z innego kraju i na dodatek potrzebujecie wizy do wjechania do Mołdawii, wyróbcie ją ponieważ będzie potrzebna do wjazdu na terytorium Naddniestrza. Nawet jeżeli będziecie wjeżdżać od strony Ukrainy.   

Naddniestrze posiada kilka przejść granicznych, jedno z Ukrainą: Kuchurgan-Pervomaysk, wiele z Mołdawią: Bender-Chisinau, Dubassari-Chisinau, Rabnita-Rezina plus jedno dla przyjeżdżających z Ukrainy i z Mołdawii: Camenca. Do tej pory mieliśmy okazję skorzystać z dwóch z nich: Bender-Chisinau i Kuchurgan-Pervomaysk.

PROCEDURA NA PRZEJŚCIU GRANICZNYM

Jak już mówiliśmy procedura jest podobna do tej rosyjskiej, więc każdy, kto kiedykolwiek był na rosyjskiej granicy nie będzie miał w Naddniestrzu problemu. 

Pierwsza rzecz, którą należy zrobić przybywszy na granicę, to wypełnienie formularza migracyjnego. Znajdziemy go u urzędnika celnego w okienku. Nie musicie wypełniać go po Mołdawsku ani Rosyjsku, możecie to zrobić po Angielsku, aby jasno i wyraźnie. Jeżeli wybieracie się do Naddniestrza na dłużej niż jeden dzień, w formularzu wpiszcie adres swojego noclegu. Wypełnioną karteczkę razem z paszportem należy przedstawić w okienku, gdzie celnik ją podpisze a część odda z powrotem. To, co otrzymacie włóżcie do paszportu i noście tam do samego powrotu. Przy wyjeździe zostaniecie poproszeni o jej zwrot. 

Wszystko powinno się odbyć bez udziału gotówki. Jeżeli spotkacie się z próbą zmuszenia do wniesienia jakiejś opłaty, to jest to nielegalne, nie płaćcie! Kiedy przekraczaliśmy tę granicę w 2015 roku wszystko wyglądało bardzo dobrze, nowe biura, mili ludzie, nikt nawet nie wspomniał o pieniądzach. Co innego miało miejsce 2 lata wcześniej, ale to długa historia. Może tym razem wszystko poszło sprawnie i zostaliśmy tak miło potraktowani przez wzgląd na naszą małą Olę…

SAMOCHODEM DO NADDNIESTRZA

Wszystko powyżej odnosi się do wjazdu do Naddniestrza autobusem lub pieszego przekroczenia granicy. Jeżeli przyjdzie wam na myśl wybrać się do Tiraspola samochodem, sprawa przestaje być taka prosta. Procedura dotycząca ludzi co prawda się nie zmienia, ale dochodzi papierkowa robota dotycząca pojazdu. W takim przypadku należy dokonać importu auta na teren Naddniestrza na czas swojego pobytu. Aby tego dokonać należy posiadać takie dokumenty, jak dowód rejestracyjny, paszport oraz opłacić należne cło w wysokości 0,18% wartości pojazdu plus wnieść 5 Euro opłaty za użytkowanie dróg. Nie wypróbowaliśmy tek opcji, jako że nasza Mołdawska wypożyczalnia nie pozwoliła nam w ogóle zabrać auta na teren Naddniestrza. W sumie wcale tego nie żałujemy. Auto pozostawiliśmy na granicy, mimo że nie ma tam żadnego specjalnego parkingu i rozejrzeliśmy się za taksówką.

REJESTRACJA POBYTU W NADDNIESTRZU

Jest jeszcze jedna kwestia dotycząca formalności około-granicznych, a jest to rejestracja. Jak w innych wschodnich krajach każdy przybywający na teren państwa ma obowiązek zarejestrować swój pobyt. W Naddniestrzu jest to wymagane przy pobycie dłuższym nić 10 godzin. Przy krótszej wizycie nie musicie nic robić. Równie bezproblemowa jest sytuacja, gdy nocujecie w hotelu, jego pracownicy zajmą się wszystkim za was. Jeżeli natomiast planujecie nocować u osób prywatnych, konieczna będzie wizyta w Wydziale Migracyjnym w Tiraspol i dokonanie rejestracji pobytu.

To by było na tyle, jeżeli chodzi o formalne strony wizyty w Naddniestrzu. Teraz, jak już macie wszystko w małym palcu, możecie się pakować i wybierać w podróż do Tiraspola.

BlogBaby in travel

Czego NIE pakujemy na weekendowy wypad z dzieckiem?

28/07/2015 — by Magdalena Kuźma0

packing-hand-luggage22-960x640.jpg

A dokładnie, czego nie zabieramy ze sobą wybierając się na weekend lub nieco dłuższy wyjazd z rocznym lub trochę większym i trochę mniejszym dzieckiem. Nie będziemy próbować tu robić wielkiej listy tego, co zabrać, bo to akurat dość łatwo daje się pozbierać, a według nas sztuką jest dopiero umieć wybrać to, co zostawić w domu i spokojnie spakować się w bagaż podręczny. A dlaczego podręczny? Na to pytanie chyba nie musimy odpowiadać. To, że im mniej bagażu założycie na swoje plecy, albo będziecie ciągnąć za sobą, tym łatwiej wam będzie poruszać się po lotnisku, po mieście, a nawet po własnym pokoju hotelowym jest chyba oczywiste. A przypominam, że cały czas będziecie mieć ze sobą do ogarnięcia kogoś znacznie ważniejszego niż bagaż, kogoś kto pochłonie większą część waszej energii i uwagi. Więc im mniej rzeczy zabierzecie ze sobą tym łatwiej wam będzie.

bagaż podręczny

To, co napiszemy poniżej może niektórym wydać się banalne, innym oczywiste, jeszcze inni już o tym czytali, bo przecież takich tekstów powstało przynajmniej 500, ale może uda nam się podsunąć komuś jakąś wartą uwagi myśl i uczynić czyjąś podróż przyjemniejszą.

1. Ponieważ w bagażu podręcznym liczy się każdy centymetr i każdy kilogram nawilżane chusteczki, bez których nigdy nie ruszacie się z domu, oczywiście bierzcie ze sobą, ale w domu zostawcie to urocze pudełko na nie, które jakaś kochana ciocia specjalnie dla was własnoręcznie udekorowała, albo inne plastikowe opakowanie, które dostaliście przy zakupie co najmniej 10 paczek chusteczek. My, jeżeli jedziemy na krótko, to nawet nie bierzemy ze sobą pełnego opakowania, ale takie do połowy opróżnione. I już trochę miejsca mamy zaoszczędzone, a że widywaliśmy rodziców, którzy w ogóle nie zdawali sobie sprawy z tego, że takie rzeczy zupełnie niepotrzebnie je zajmują, stąd w ogóle myśl, aby ten temat poruszyć. 

chusteczki nawilżane dla niemowląt

2. Mleko modyfikowane – nasz sposób na podróż przewiduje zastąpienie mleka kaszką dziecięcą już zawierającą mleko modyfikowane. Dostarcza ona Oli niezbędnej dziennej porcji mleka, a przy tym załatwia nam śniadanie i kolację. Jest to wybitnie użyteczne rozwiązanie, gdy trafi nam się hotel bez śniadania. Wystarczy butelka wody mineralnej i śniadanie dla Oli mamy załatwione przed wyjściem z pokoju. 

3. Miseczki na kaszkę też nie wozimy ze sobą. Zazwyczaj w pokoju hotelowym znajdziecie jakieś szklanki, które objętościowo świetnie nadają się do przyrządzenia posiłku dla dziecka. A na kolację i tak zazwyczaj lądujemy gdzieś w restauracji, gdzie po prostu prosimy o miseczkę dla niej. 

milk pudding for babies

4. Bawełniane śliniaczki. Roczne dziecko jedzące posiłek, przypomina czasem małą trąbę powietrzną, czego oznaki możemy znaleźć nie tylko na wszystkich ścianach dookoła, ale czasem nawet na suficie. To w domu, we własnym krzesełku. A co dopiero w podróży, gdzie nie ma krzesełka i nie ma jak utrzymać dziecka w jednym miejscu! Zwykłe bawełniane śliniaczki nie pomogą, ale tych chyba już w dzisiejszych czasach nikt nie używa. Na pewno zdążyliście już odkryć błogosławieństwo, jakim są te foliowe czy silikonowe śliniaki. Naszych używamy na co dzień w domu, ale szczególnie doceniamy je w podróży. Szerokie, duże a przy tym zmywalne. Po skończonym posiłku wystarczy opłukać, go pod kranem, a jak nam się poszczęści to może nawet wytrzeć chusteczką. 

śliniak dziecięcy

5. Ulubiona 50 centymetrowej lalka przytulanka! No niestety, musicie jakoś się z tym uporać, bo pomysł ciągnięcia ze sobą przez świat wielkiej lalki lub kochanego misia skutecznie odsuwa was od możliwości zmieszczenia się w bagaż podręczny. Zamiast niego z całej sterty zabawek, którą pewnie macie w domu, wybierzcie coś, co wypada najlepiej w stosunku wielkości do umiejętności przyciągnięcia uwagi dziecka. Polecamy książeczki! Łatwo można je wcisnąć do plecaka, a są w stanie zaciekawić, przynajmniej Olę, na całkiem długą chwilę.

6. Szpileczki. Tak mamuniu, Twoje szpileczki. I japonki, i klapki, i trampki… Chwila zastanowienia i wybierasz jedną (!) parę butów na cały wyjazd. Najlepiej coś wygodnego do biegania cały dzień, a o szpileczkach na romantyczną kolację wieczorem ze smutkiem zapominasz. Z resztą z małym dzieckiem o tych romantycznych kolacjach pewnie też… I szczerze mówiąc to chyba jest ten punkt, dzięki któremu zaoszczędzicie najwięcej miejsca :)dziecko w podróży

7. Wanienka do kąpieli! Nawet ta dmuchana, która zajmuje wybitnie mało miejsca zostaje w domu. Niech Wam nawet nie przejdzie przez myśl pomysł, że jest to rzecz niezbędna. No, może podróżując samochodem można ją wrzucić do bagażnika, ale przy locie samolotem to zdecydowanie przesada. Ale nie żałujcie tej decyzji, dzięki temu nauczycie się jak wykąpać niemowlę w każdych warunkach a i cały proces mycia skrócicie do minimum i zamiast półgodzinnej zabawy w wannie, 5 minutowy prysznic i będziecie mieć sprawę załatwioną.

dziecko w samolocie

8. Jak już jesteśmy przy kąpieli, to ręcznik raczej też zostaje w domu. No chyba, że wasz maluch ma wybitnie wrażliwą skórę i nie toleruje niczego co nie jest uprane w dziecięcym proszku. Wtedy nie ma wyjścia, ale też pamiętajcie, żeby wybrać ten najmniejszy, który macie w domu. A jeżeli dziecko nie jest tak wrażliwe, to nastawcie się koniecznie na korzystanie z ręczników hotelowych. 

A teraz mimo wszystko, tak na szybko o tym, czego nie można pominąć i trzeba zmieścić do bagażu podręcznego: pieluchy (plus te do kąpieli), apteczka (przynajmniej z lekami przeciwbólowymi i nawadniającymi), kosmetyki w małych buteleczkach – dla Oli przynajmniej coś do mycia i szczoteczka do zębów, balsam do opalania z wysokim filtrem, łyżeczka, obiadek w słoiku na drogę. Ubrania i tym podobne oczywistości pomijamy. A jakie Wy macie doświadczenia z pakowaniem? Mieścicie się jakoś, czy pakowanie oznacza dla was czystą rozpacz?

pakowanie bagażu podręcznego

BlogBaby in travel

Programy lojalnościowe linii lotniczych dla najmłodszych pasażerów

30/07/2015 — by Magdalena Kuźma0

a-1-960x664.jpg

Najmłodsi podróżnicy swoją przygodę z programami lojalnościowymi linii lotniczych w zasadzie mogą zacząć dopiero od momentu, kiedy będą posiadali własny bilet, czyli ukończenia 2 roku życia. Wcześniej niemowlę, bo według nomenklatury linii lotniczych takie dziecko jest nadal niemowlęciem, podróżuje na kolanach rodziców, płacąc za bilet tylko niewielką część. Wobec tego nie zbiera żadnych punktów ani mil. Ponieważ Ola lotem błyskawicy zmierza w kierunku tej granicy postanowiliśmy przybliżyć Wam trochę programy lojalnościowe, w których możecie wziąć udział lecąc samolotem z małym dzieckiem, a w zasadzie te, w których udział może wziąć Wasze dziecko.

Dziecko w samolocie

1. Lufthansa przygotowała specjalny program lojalnościowy dla dzieci i młodzieży w wieku od 2 do 17 lat. Polega on na tym samym, co program Miles&More dla dorosłych czyli gromadzeniu mil, które można potem wykorzystać na zakup biletów lotniczych. Przystąpić do programu JetFriends możecie tutaj, a na powitanie Wasz potomek otrzyma 2000 mil. Na założonym w programie koncie dziecko będzie gromadzić mile, które do ukończenia przez nie 18 roku życia się nie przedawnią. Oprócz możliwości zbierania mil, przystępując do programu dzieci zyskują jeszcze członkostwo w klubie, który poprzez stronę www zapoznaje je z tajnikami podniebnych podróży. Całkiem ciekawa strona. Na pewno nie przeznaczona dla niemowląt, ale starsze dzieci z pewnością zainteresuje.

Program dotyczy oczywiście nie tylko Lufthansy, ale wszystkich linii lotniczych będących członkami Star Alliance (Air Canada, Aegean Airlines, Austrian, Brussels Airlines, Croatia Arilines, LOT Polish Airlines, Scandinavian Airlines, SWISS, TAP Portugal, Turkish Airlines, Air China, Air India, ANA, Asiana Airlines, EVA Air, Shenzhen Airlines, Singapore Airlines, THAI, Air New Zealand, EGYPTAIR, Ethiopian Airlines, South African Airlines).

2. Wizz Air to linia lotnicza, która nie proponuje swoim pasażerom uczestnictwa w żadnym programie lojalnościowym polegającym na zbieraniu punktów, ale dla najmłodszych przygotowała coś specjalnego. Wygląda na to, że jest to jedyna linia lotnicza, która nie nakłada żadnych limitów wiekowych. Chyba dlatego, że ich program jest dość nietypowy. Zabawa polega na zbieraniu pieczątek w specjalnie przygotowanym paszporcie. Paszport Kapitana drukujemy ze strony Wizzair i zabieramy ze sobą na pokład. Po każdym locie zgłaszamy się do załogi po pieczątkę, a kiedy zapełnimy wszystkie 6 pól, nasza pociecha zostanie zaproszona na wizytę do kokpitu samolotu i spotkanie z pilotem. Pieczątki można zbierać już dla noworodka, a że zebranie 6 pieczątek trochę zajmuje, warto zacząć jak najszybciej.

3. Linie Emirates przygotowały dla najmłodszych program Skysurfers, w którym dzieci od 2 do 16 roku życia zbierają, podobnie jak rodzice mile, które mogą wymienić na zakup biletów lotniczych, gier, akcesoriów, sprzętu elektronicznego, czy wejściówek do Wild Wadi Water Park w Dubaju. W tych liniach, mile zebrane przez dziecko wygasają dość szybko, bo w przeciągu 3 lat, więc jeżeli będziecie latać Emiratami pamiętajcie o wykorzystaniu zgromadzonych punktów. Takie same zasady obowiązują w też w innych liniach grupy OneWorld, czyli na przykład liniach S7, American Airlines, AirBerlin, Finnair czy Qantas.

4. British Airways nie mają specjalnego programu dla dzieci, ale zamiast niego mają propozycję skierowaną do całych rodzin. Jest to Household Account, czyli wspólne konto milowe dla całej rodziny. W skrócie wybieramy głowę rodziny, która będzie zarządzała kontem i gromadzimy punkty w jego obrębie dla każdego uczestnika. Przywilej polega na tym, że punkty zgromadzone przez wszystkich członków rodziny mogą być wykorzystane dla dowolnego członka gospodarstwa. Do konta może być przypisanych maksymalnie 7 osób mieszkających pod tym samym adresem. Co więcej członkowie Executive Club mogę rozszerzyć listę o 5 osób nie mieszkających pod tym jednym adresem. Aviosy zbierane w programie nie tracą swojej ważności o ile konto jest aktywnie używane przynajmniej raz na 3 lata.

5. Program lojalnościowy w liniach KLM i Air France nazywa się Flying Blue, a przystąpić do niego może każdy powyżej drugiego roku życia. Oprócz tradycyjnego zbierania mil, program nie przewiduje żadnych dodatkowych atrakcji dla najmłodszych.

6. Scandinavian Airlines zapraszają do uczestnictwa w programie wszystkich, którzy nie ukończyli 18 roku życia. Zabawa nazywa się Euro Bonus i sprowadza się do tego, co wszystkie pozostałe, czyli zbierania mil, które można potem wykorzystać na zakup biletów lub noclegi w hotelach. Jedynym ukłonem w stronę najmłodszych jest 50% zniżka na zakup biletów przy wykorzystaniu zgromadzonych punktów. Zasady te dotyczą Scandinavian Airlines oraz innych linii z grupy, czyli airBaltic, Wideroe, Estonian Airlines i Atlantic Airlines.

Czy przystępować do jakiegoś programu lojalnościowego zdecydujcie sami, ale naszym zdaniem, skoro samo przystąpienie nic nie kosztuje warto się zapisać, być może kiedyś nazbieracie mil na jakiś fajny prezent.

Korzystając z usług różnych przewoźników dzieci często mogą liczyć, niezależnie od wzięcia udziału w programie lojalnościowym, na różne dodatkowe atrakcje. Niektóre linie przygotowują dla dzieci drobne prezenty w postaci maskotek, śliniaczków, smyczy na klucze czy innych gadżetów, a większość z nich zazwyczaj dysponuje obiadem w słoiczku.

Tymczasem polecamy nasz inny wpis o tym, co musicie wiedzieć przed lotem z niemowlakiem. Jeżeli jeszcze nie czytaliście, to zapraszamy – dowiecie się tam między innymi:

  • jak kupić bilet niemowlakowi,
  • ile on kosztuje,
  • ile lat ma niemowlak w samolocie,
  • jaki bagaż mu przysługuje,
  • jak zachować się na lotnisku,
  • czy można przewozić mleko i wodę w bagażu podręcznym,
  • co zrobić z wózkiem na lotnisku,
  • gdzie przewinąć dziecko.

Ola w samolocie

BlogBaby in travel

Chusta czy wózek? Co zabrać na city break?

17/07/2015 — by Magdalena Kuźma0

wozek4-960x640.jpg

Na co dzień nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo szybko mija czas. Nie mamy pojęcia, kiedy to się stało, ale w końcu zorientowaliśmy się, że Ola już od dłuższego czasu nie jest niemowlakiem. W zasadzie nie wiadomo kiedy stała się małą dziewczynką. Czas od jej urodzenia do momentu, kiedy przestała być noworodkiem wydawał nam się trwać tak bardzo długo, ale z kolei okres jej niemowlęctwa minął  nie wiadomo kiedy. Na szczęście mamy poczucie, że dobrze go wykorzystaliśmy, przede wszystkim ze względu na spędzony wspólnie czas. A że przy tym udało nam się wspólnie odwiedzić kilka miejsc, tym bardziej się cieszymy.

Dzięki tym wyjazdom zdobyliśmy trochę doświadczenia w podróżowaniu z niemowlakiem i zanim zupełnie zapomnimy, jak to jest pakować się, przemieszczać i zwiedzać nowe miejsca z tak małym dzieckiem (bo jak nocować, już wiecie) chcemy Wam trochę o tym opowiedzieć.

Zaczniemy dziś od tego, co lepiej wziąć ze sobą na city break do Paryża, Moskwy, Barcelony, czy innego równie pięknego miasta na świecie: chustę czy wózek.

Pytanie stawiamy tak przede wszystkim dlatego, że wszelkiego rodzaju nosidła i plecaki na dziecko cieszą się ogólną złą sławą u lekarzy i fizjoterapeutów z powodu utrzymywania niemowlęcia w niekoniecznie prawidłowej postawie. Oczywiście są takie, które dziecku krzywdy nie zrobią, ale że nigdy do końca nie byliśmy pewni, czy jest to właśnie ten oglądany model, czy opinie w internecie napisali prawdziwi specjaliści, którzy się na tym znają, czy może jest to tylko reklama, zdecydowaliśmy się zainwestować w chustę, jako alternatywę dla wózka lub noszenia dziecka na rękach. Musimy przyznać, że konieczność dbania o dopiero kształtujący się kręgosłup dziecka bardzo do nas przemówiła i wybraliśmy to, co przynajmniej (oczywiście prawidłowo zamontowane) nie budzi wątpliwości ekspertów.

No i zbliżamy się w końcu do meritum, czyli co zabrać ze sobą na weekend biegania po mieście, szukania atrakcji, zabytków, odwiedzania nowych restauracji, lotu samolotem, jeżdżenia metrem itd.? Jaki „środek lokomocji” wziąć ze sobą dla naszego niemowlaka: chustę czy wózek?

Każda z tych dwóch opcji ma swoje plusy i minusy. Najprostsza odpowiedź brzmi: weźmy obydwa, ale kto znajdzie w bagażu podręcznym tyle miejsca, żeby jeszcze upchnąć tam chustę? Pewnie nikt, więc warto poświęcić parę minut na przeczytanie tego tekstu i przemyślenie decyzji przed wylotem.

ZACZNIJMY OD CHUSTY

Jest to całkiem sprytne narzędzie do noszenia dzieci. Pozwala dość wygodnie, dla mamy i dziecka, pokonywać różne dystanse, ale oczywiście nie jest do końca takie idealne. Zacznijmy jednak od zalet:

  • Zabranie chusty na weekendowy wypad daje nam przede wszystkim możliwość chodzenia po mieście nieograniczoną w zasadzie ilość czasu. Jeżeli w różnych nosidełkach zaleca się trzymać dziecko jak najkrócej, to w chuście spokojnie można nosić bobasa cały dzień. O ile oczywiście mama lub tata da radę bo pomimo, że zasadniczo nie czuje się w niej ciężaru dziecka, po dłuższym czasie chodzenia można się zmęczyć.
  • A kiedy już się zmęczmy, przychodzi czas na przystanek. Proszę bardzo – zdejmujemy chustę, składamy na pół, kładziemy na trawie i cała rodzina mieści się na odpoczynek. Z chustą w roli kocyka z łatwością zmienimy pieluchę i jednocześnie damy odpocząć sobie i maleństwu. Chusta do noszenia dzieci
  • Rzym czy Nowy Jork, Paryż lub Pekin, prędzej czy później będziemy chcieli lub musieli przemieszczać się po mieście za pomocą jakiegoś rodzaju komunikacji miejskiej. Czy będzie to metro, autobus czy trolejbus, a nawet taksówka, mając malucha przywiązanego do siebie bez trudu pokonamy wszystkie przejścia, zejścia do podziemia, ruchome i nieruchome schody, a nawet wskoczymy do autobusu w ostatniej chwili. Jednym słowem chusta daje nam większą mobilność i pozwala sprawnie pokonywać wszelkie miejskie przeszkody, jak choćby wysokie krawężniki w Kiszyniowie. Chusta do noszenia dziecka
  • Niektórzy pewnie z przyjemnością zauważą, że maluch spędzając cały czas przy mamie lub tacie (tak, tata też może nosić dziecko w chuście!) będzie jakby spokojniejszy. Może to kwestia właśnie przytulenia do rodzica, bliskości, ciągłego przebywania razem, a może po prostu niezłego widoku, który malec nagle zyskuje. Tyle nowych rzeczy do oglądania, że każdy by oniemiał!

Mimo, że całkiem sympatycznie nosi nam się bobaska przytulonego do siebie przez cały dzień, to musimy jednak spojrzeć prawdzie w oczy i powiedzieć sobie uczciwie, że taka opcja ma też swoje minusy.

  • Pamiętajcie przede wszystkim o tym, że chusta to dodatkowa warstwa, którą musimy na siebie założyć. Na siebie i na dziecko. W środku lata, przy 30 stopniach w cieniu, konieczność założenia na siebie chusty to co najmniej, jak wejście do sauny. Pot będzie równo kapał i z rodzica i z dziecka. I to pomimo wyboru tzw. letniej wersji, czyli wykonanej z cienkiego materiału. Takowe są dostępne, ale dodatkowa warstwa ubrania i przytulanie 37-stopniowego kaloryferka zawsze nas trochę rozgrzeje. Co z kolei zimą będzie zaletą tego rozwiązania!

    dziecko w chuście

  • No właśnie, zima. Zima to czas, kiedy chętnie skorzystamy z tej dodatkowej warstwy izolacyjnej, ale w połączeniu z kurtką, kombinezonem dziecka i innymi ciepłymi rzeczami będzie stanowiła raczej niewygodną kombinację. Nie możemy powiedzieć, że się nie da, ale łatwo nie będzie!
  • Ciepło czy zimno, zima czy lato, przywiązujemy do siebie dziecko, wywiązujemy węzeł i wyruszamy na zwiedzanie. Ale co z całym ekwipunkiem? Przecież nie możemy wyjść na cały lub chociażby pół dnia bez pieluch, chusteczek, wody, mleka, innego jedzenia, jakiejś zabawki, cieplejsze ubranko itd. No i pakujemy plecak albo inną torbę i zakładamy na siebie. Zaczyna nas powoli przechylać do przodu lub do tyłu. Nawet jeżeli drugiego rodzica obarczymy tym bagażem, to i tak oznacza konieczność noszenia tego cały czas, obok standardowych rzeczy, które i tak zawsze zabieraliście dla siebie. No, ale nie przesadzajmy, da się oczywiście to wszystko pomieścić w jednej torbie, aparat bierzemy w rękę, którą dzięki chuście będziemy mieć wolną i maszerujemy!Dziecko w chuście
  • Skoro już się spakowaliśmy, wszystkie rzeczy mamy gotowe i możemy wychodzić na podbój miasta, przystępujemy do wiązania chusty. Jeżeli dojdziemy do wprawy, pewnie będzie nam to zajmowało zaledwie chwilę, jednak na początku przygody z tym sposobem noszenia dziecka, montaż jest jedną z największych niedogodności. Nie dość, że mieszkają nam się paski i warstwy, ciągniemy za jedną, druga się nie rusza… Ehh wszystko od początku, przecież wiadomo, że dopiero prawidłowe zawiązanie chusty daje nam pewność, że trzymamy dziecko w prawidłowej postawie bez szkody dla jego kręgosłupa! Więc kiedy już po przynajmniej trzech próbach wywiązania wreszcie udaje nam się jakoś to wszystko zamontować, wychodzimy na dwór. Noszenie dziecka w chuście
  • I właśnie wtedy, gdy już zaczynamy rozkoszować się spacerem i szykujemy do zwiedzenia jednej z miejskich perełek, wąchamy…, nie? Tak? Jest! Trzeba zmienić pieluchę… I cała procedura zaczyna się od początku. Rozwiązujemy, zawiązujemy, plączemy i zaciskamy.

Nie ma lekko, prawda? Ale nikt nie obiecywał, że będzie.

Zobaczmy teraz, czy może lżej nam będzie, jak zabierzemy ze sobą wózek:

  • Składamy i pakujemy go do samochodu (to już pewnie macie opanowane do perfekcji), wyciągamy na lotnisku i już przed bramkami kontroli bezpieczeństwa zaczynamy żałować swojej decyzji. Wizja wpakowania wózka do otworu znacznie mniejszego niż jego gabaryty słusznie przyprawia nas o ból głowy. No nic, rozmontowujemy wózek na drobne części i jedna po drugiej umieszczamy na taśmie, a już po chwili rozpoczynamy przeciwną procedurę po drugiej stronie maszyny. dziecko w wózku
  • Największym postrachem dla wózka jest wiadomo co – schody. Ruchome też! W przypadku podróży z wózkiem na przykład przejażdżka metrem nie będzie już taka łatwa. Widząc długaśne schody prowadzące do stacji robi nam się gorąco i zaczynamy biegać wokół w poszukiwaniu windy, która zawiezie nas na peron. Oj, to nie ten peron? Czyżby to nie ta winda? A gdzie są wszyscy pozostali, którzy poszli schodami? Wrrr…Baby in the stroller
  • Wejście do autobusu też będzie wymagało on nas nieco aktywności fizycznej, zwłaszcza w miastach położonych na wschodzie Europy, gdzie jeszcze do wnętrza autobusów cały czas prowadzą schody!
  • Po długiej wędrówce miejskimi ulicami w końcu przychodzi czas na zjedzenie czegoś dobrego. Może jakaś lokalna fajna knajpka? Chętnie, aby tylko stoliki były wystarczająco daleko od siebie, żeby wózek nam sie zmieścił między nimi (od razu można wykluczyć turystyczne knajpki na piazza w Rzymie czy place Paryżu, gdzie zwłaszcza w ogródkach jeden stolik stoi prawie na drugim). Hmm, jeżeli nie na zewnątrz, to może w środku? Tylko żeby drzwi były wystarczająco szerokie, aby wjechać w nie wózkiem! Oj nie są… No trudno, malucha zawsze możemy wziąć na ręce, a wózek zostawić na zewnątrz. Na zewnątrz? Na pewno? Czy będzie tam bezpieczny? W końcu kosztował prawie tyle co używane auto!Baby stroller
  • Niełatwe jest życie rodzica z tym wózkiem, ale za to musimy docenić komfort dziecka, które wygodnie wyciągnie się w swoim wózku, wyprostuje, przekręci i zaśnie wtedy, kiedy najbardziej będzie tego potrzebowało. Nawet jeżeli będziemy chcieli posiedzieć gdzieś dłużej, nie musimy się martwić bo maluch w wózku będzie sobie spokojnie chrapał. Baby in the stroller
  • Do niewątpliwych zalet wózka należy też to, że cały ten dziecięcy majdan możemy zapakować do niego i wygodnie pchać przed sobą. Wiadomo, że lepiej pchać niż nosić to wszystko na własnych plecach przez cały dzień! Tego ciężaru wcale nie poczujemy i nie zostaniemy z mokrą plamą na plecach po plecaku.Ola w wózku w Emiratach Arabskich
  • A karmienie, pojenie, pielucha – wszystko to tez wygodnie załatwimy w wózku.

Jak widzicie każda z opcji ma swoje zalety i wady, wystarczy się dobrze zastanowić, które z nich wydają się nam najbardziej uprzykrzającymi życie. Prawda jest taka, że zazwyczaj nie podróżujemy w pojedynkę, ale w większym gronie i jest szansa, że wcale nie będziemy musieli przez cały wyjazd samodzielnie nosić dziecka w chuście, plecaka z pampersami, i Bóg wie czego jeszcze, ani też trzymając dziecko w jednej ręce drugą rozmontowywać wózka, aby wepchnąć go do skanera na lotnisku.

A nawet jeżeli wybieracie się gdzieś w pojedynkę, to chyba nie jedziecie na pustynię? Na każdym krańcu świata znajdzie sie ktoś, kto chętnie pomoże rodzicowi z dzieckiem. Pewnie nawet na pustyni!

I pamiętajcie, że wózek leci samolotem za darmo, a w większości środków komunikacji nie musimy kasować dla niego biletu.

Blog

Naddniestrze – kraj, który nie istnieje

15/07/2015 — by Magdalena Kuźma6

naddniestrze044-960x640.jpg

Jeżeli nie wstrzymacie działań wojennych, to jutro śniadanie zjem w Tyraspolu, obiad w Kiszyniowie, a kolację w Bukareszcie – takimi słowami generał Lebied zatrzymał marsz Mołdawskich wojsk w 1992 roku i de facto stworzył nowe państwo na mapie Europy: Naddniestrzańską Republikę Mołdawską, oficjalnie pozostające w bliskich stosunkach i w strefie wpływów Federacji Rosyjskiej. Groźba Lebiedia była tak skuteczna, że porozumienie pokojowe podpisano następnego dnia. Przez kolejne dwadzieścia lat sytuacja nie uległa zmianie. 

Tiraspol, Soviet House, Lenin monument

JAK TO SIĘ STAŁO

Nie do końca prawdą jest, że Naddniestrze zostało stworzone przez Lebiedia w 1992, bo już 1990 region ogłosił niepodległość względem Mołdawii na wieść o pomyśle połączenia jej z Rumunią. Wówczas decyzję tę uznały jedynie państwa takie, jak Abchazja i Osetia Południowa i tak z resztą pozostało do dziś. W 1992 roku władze Mołdawii postanowiły siłą opanować zbuntowaną republikę, ale w jej obronie stanęła Rosja, w osobie wspomnianego wyżej generała Lebiedia. To wtedy właśnie padły te słowa, które doprowadziły do zawarcia porozumienia, i powstrzymały od interwencji wojska rosyjskie stacjonujące w Naddniestrzu. O nadal silnych wpływach rosyjskich w republice niech świadczy fakt, że po tym jak samozwańcza Republika Krymu zdecydowała o przystąpieniu do Federacji Rosyjskiej, parlament Naddniestrza wystosował do Kremla identyczną propozycję. Na razie pozostała ona bez odpowiedzi, a na jak długo, zobaczymy.

Transnistria, Tiraspol

Dziś oficjalnie nieuznawana republika zajmuje 10% terytorium Mołdawii na lewym brzegu Dniestru. Jej mieszkańcy to w mniej więcej zbliżonych częściach Rosjanie, Mołdawianie i Ukraińcy, którzy zgodnie optują za kontynuowaniem przez Naddniestrze drogi do niepodległości. Pomimo, że państwo faktycznie nie istnieje, to ustanowiło ono kontrole graniczne, ma swój rząd i prezydenta, a nawet własną walutę. Stolicą Republiki jest Tyraspol – niewielkie miasto położone w południowej części wąskiego pasa ziemi zajmowanego przez Naddniestrze.

Transnistria, Tiraspol

Ponieważ republika pozostaje w rosyjskiej strefie wpływów, wszystkim, a zwłaszcza tym patrzącym a perspektywy zachodu, wydaje się, iż jest to nic innego, jak jeden wielki relikt komunizmu. Jako państwo nie utrzymujące stosunków z innymi poza Rosją krajami, Naddniestrze rzeczywiście pozostaje w pewnej izolacji względem świata. Trzeba jednak przyznać, że co do rozwoju społeczno-gospodarczego nie odbiega od całej Mołdawii, a nawet można zaryzykować stwierdzenie, że ją wyprzedza.

Ponieważ Naddniestrze pierwszy raz udało nam się odwiedzić w czasach, kiedy jeszcze nie było z nami Oli, możemy opowiedzieć Wam o tym, jak republika się zmienia, rozwija i jak prezentuje się na tle Mołdawii. Już przekraczając granicę czuje się dramatyczną zmianę. Przede wszystkim, jeżeli chodzi o nawierzchnie dróg. Ulice nagle stają się szersze, bardziej równe i pozbawione tego ogromu dziur i wyłomów, które widzieliśmy w Mołdawii. Właściciel wypożyczonego tam auta nie pozwolił nam na zabranie go do Naddniestrza, więc zostawiliśmy je po stronie Mołdawskiej, a po pieszym przekroczeniu granicy zaczęliśmy rozglądać się za taksówką. Przejście w tę stronę pokonaliśmy sprawnie, podobnie jak wcześniej, ale w pamięci ciągle mieliśmy gimnastykę pod hasłem, jak tu nie dać łapówki i jak najprędzej opuścić granicę, odbytą przy wyjeździe z Naddniestrza. Zatrzymany taksówkarz okazał się Mołdawianinem, chyba przez przypadek odwiedzającym Naddniestrze, ale jak to taksówkarz, nie mógł odmówić sobie okazji do zarobienia na turystach i zabrał nas do Tyraspola oczywiście za jakąś zabójczą cenę.

Dla turysty 150-tysięczny Tyraspol sprowadza się w zasadzie do głównej ulicy i może kilku punktów położonych nieco dalej od niej. Główna arteria jest szeroka, czasami nawet rozlewająca się w coś na kształt placu, albo co najmniej lądowiska dla samolotów. Asfalt jest prawie równy, dziur nie widać, krawężniki rzeczywiście nieco na socjalistyczną modłę, wysokie i pomalowane na biało. Spacer główną aleją zajął nam nieco więcej czasu niż ostatnio, bo tym razem towarzyszące nam małe nóżki Oli nie nadążały przebierać w palącym słońcu. Jak nam szło zobaczcie tutaj:

Niewątpliwą zaletą Tyraspola jest to, że co kilka metrów rozstawione są budki ze słynnym kwasem chlebowym – orzeźwiającym, chłodnym napojem serwowanym wprost z beczki. Co prawda kwas fortuny nie kosztuje, ale jego zdobycie nie jest takie proste. Zasadniczą kwestią, dla łaknących orzeźwienia, jest fakt, że w pozyskaniu go nie pomogą, ani mołdawskie leje, ani Rosyjskie ruble, ani tym bardziej euro i dolary. Szanowny turysta zobowiązany jest posiadać lokalną walutę – naddniestrzańskie ruble i za ich pomocą dokonywać wszelkich transakcji w kraju. Kantorów na szczęście nie brakuje, więc już po chwili można raczyć się świeżym kwasem. Nawet Ola, za namową sprzedawczyni skusiła się na spróbowanie i o dziwo kwas całkiem jej posmakował. Spacer ulicą 25 października rozpoczęliśmy od budynku położonego przy Parku Zwycięstwa, Teatru Dramatycznego i udaliśmy się w kierunku zachodnim.

[photosetgrid layout=”12″]Transnistria, TiraspolTransnistria, TiraspolTransnistria, Tiraspol[/photosetgrid]

Już na początku alei warto zboczyć i odwiedzić całkiem niedaleko położony zakład najbardziej znanej marki naddniestrzańskiej Kvint. To producent świetnego koniaku i wina, które w większości trafia na rynek rosyjski. Zwiedzanie fabryki możliwe jest tylko w tygodniu, ale już pamiątkowe zakupy w przyzakładowym sklepiku – codziennie. Chociaż na same zakupy nie warto iść aż do fabryki, bo na głównej alei Kvint posiada swój sklep, w którym w bardzo dobrych cenach kupicie produkty zakładu, na przykład wino rozlewane wprost z beczki oraz inne alkohole.

Transnistria, Kvint factory

PECUNIA NON OLET, CZYLI KTO WYDRUKUJE WALUTĘ PAŃSTWU, KTÓREGO NIE MA?

Mijając pierwszy w kraju bankomat (osławiony wśród turystów w czasach, kiedy to był jedynym) powolutku docieramy w pobliże głównego banku republiki. Okazuje się, że nasz kraj miał okazję zaistnieć w historii Naddniestrza kilka lat temu, jako producent ich narodowego środka płatniczego. Była to jednorazowa współpraca, jako że produkcja waluty nieistniejącego oficjalnie kraju, była wyjątkowo karkołomnym przedsięwzięciem i o mało nie wywołała skandalu międzynarodowego. Jeżeli chodzi o kwestie finansowe należy powiedzieć, że najlepiej do Naddniestrza wybrać się z gotówką w kieszeni. Dowolnej waluty, ale gotówką. Kantorów jest co niemiara, ale bankomaty połączone są z rosyjskim systemem finansowym i wyjąć z nich możemy wyłącznie rosyjskie ruble, które i tak będziemy musieli wymienić w kantorze na naddniestrzańskie.

[photosetgrid layout=”12″]Transnistria, TiraspolTiraspol, TransnistriaTiraspol, Lenin street[/photosetgrid]

Szybko docieramy już w okolice ścisłego centrum, gdzie robi się gęściej od sklepów, pojawiają się restauracje. Chyba najpopularniejszą marką jest sieciowa mołdawska Andy’s Pizza oferująca zachodnią kuchnię, może z kilkoma lokalnymi potrawami w karcie. Stylizowana na amerykańską restaurację, oferuje kącik zabaw dla dzieci, menu dla najmłodszych i chyba nawet krzesełka do karmienia. Ceny bardzo preferencyjne, ale znowu: pamiętamy, aby mieć ze sobą lokalną walutę, bo możliwości płatności kartą nie ma. My tym razem, w poszukiwaniu czegoś bardziej lokalnego, odwiedziliśmy jedną z sąsiadujących restauracji, ale ponieważ  opcji bezmięsnych znaleźliśmy tam niewiele, nawet nie mamy o czym Wam opowiedzieć.

Transnistria, Tiraspol

Ola nie mogła za żadne skarby doczekać do czasu, kiedy usiądziemy i zdążyła pochłonąć cały obiadek ze słoiczka w parku pod kinem po drugiej stronie ulicy. Zza kina rozciąga się piękny widok na Katedrę Narodzenia Pańskiego. Śnieżnobiałe ściany wynoszą ponad linię drzew zielone dachy i złote kopuły. Centralnym punktem parku jest pomnik Aleksandra Suvorowa na koniu.

[photosetgrid layout=”12″]Transnistria, TiraspolTransnistria, TiraspolTransnistria, Tiraspol[/photosetgrid]

Przechodząc na drugą stronę ulicy zbliżamy się w okolice Dniestru, który w tym miejscu jest całkiem szeroki. Dla spragnionych ochłody na przeciwległym brzegu rzeki dostępna jest piaszczysta plaża. W gorące niedzielne popołudnie widać, że mieszkańcy Tyraspola chętnie korzystają z kąpieli, a może nawet i z rejsów stateczkami wycieczkowymi. Tuż nad stromym z tej strony nabrzeżem rzeki, władze Tyraspola urządziły kompleks pamięci żołnierzom poległym w wojnie 1990-92, II Wojnie Światowej i wojnie w Afganistanie. Wieczny ogień płonie ku czci, tych którzy poświęcili życie obronie i wyzwoleniu miasta. Nad placem góruje wieżyczka maleńkiej świątyni prawosławnej pod wezwaniem św. Jerzego.

[photosetgrid layout=”1313″]Transnistria, TiraspolTransnistria, TiraspolTiraspol church of St. GeorgeTiraspol church of St. GeorgeTransnistria, TiraspolTyraspol, NaddniestrzeTransnistria, TiraspolTransnistria, Tiraspol[/photosetgrid]

Memoriał pełni chyba istotną rolę w kształtowaniu postaw patriotycznych bo wycieczki nawet najmłodszych dzieci mają ja w programie, jako punkt obowiązkowy. Ola widząc nagle tyle dzieci była strasznie szczęśliwa. Gotowa biec do nich i oczywiście zepsuć pamiątkowe zdjęcie pod czołgiem T34. Na szczęście udało nam się ją powstrzymać i pamiątkowa fotografia z wycieczki powinna się udać.

Transnistria, Tiraspol

Ostatnim przystankiem naszego spaceru wzdłuż ulicy 25 października był najbardziej chyba znany punkt miasta – pomnik Włodzimierza Lenina. Ten monument, dzięki któremu cale Naddniestrze oceniane jest, jako pomnik komunizmu przedstawia wodza rewolucji w długim płaszczu powiewającym na wietrze. Wykonany z rdzawo-czerwonego kamienia pomnik komponuje się świetnie z wielkim wojskowym gmachem na jego plecami. Uwaga, nie można robić zdjęć! Zdjęcie Lenina na tle budynku – jak najbardziej, samego budynku już nie. Niezbadane są przepisy naddniestrzańskie, a ten to coś, z rodzaju zakazu fotografowania ze statywem pod Pałacem Republiki w Mińsku.

Transnistria, Tiraspol

Jeżeli chodzi o zabytki, czy inne atrakcje turystyczne, to już chyba wszystko. Teraz można spokojnie wrócić w okolice pomnika Suworowa, zjeść coś w jednej z knajpek, zrobić zakupy w sklepikach na głównej ulicy lub centrum handlowym zlokalizowanym nieco dalej, pospacerować deptakiem wzdłuż Dniepru, czy usiąść na plaży i wypić z plastikowej butelki rozlewane wino kupione w sklepie Kvintu.

GDZIE JESTEŚ SZERYF…

Wrażenia odnośnie miasta mieliśmy jak najbardziej pozytywne, tylko zastanawialiśmy się, co w tak małym i spokojnym mieście można robić na co dzień, zwłaszcza, jeżeli chodzi o zdobywanie pieniędzy na życie? Wyjść jest kilka: pracować w Kvincie, w tekstylnej firmie Tirotex, albo szukać pracy u szeryfa. Szeryf to wszechwładna, mówiąc językiem Zachodu, korporacja naddniestrzańska, która w rękach jej właścicieli skupia najważniejsze sektory biznesu w mieście. W zasadzie gdzie się nie obejrzeć, tam spotkamy gwiazdę szeryfa. Stacja benzynowa? Proszę bardzo – Szeryf. Drużyna piłki nożnej i stadion miejski – też. Szeryf ma praktycznie monopol na wszelką dochodową działalność, supermarkety, budowlanka, reklama, a nawet, albo przede wszystkim media. Właściciele Szeryfa nie stronią też od działalności politycznej. Nie da się ukryć, że bez udziału w życiu politycznym nie zdobyliby takiej pozycji w kraju, a co za tym idzie fortuny. Dzisiaj stosunki polityczne się trochę zmieniły i Szeryf nieco popadł w niełaskę, ale imperium funkcjonuje nadal. Tyle działalności w jednym ręku, polityczne zapędy, a do tego media, nie przypomina Wam to trochę imperium Berlusconiego? 

Transnistria, Tiraspol, FC Sheriff Stadium

TURYŚCI W NADDNIESTRZU

Tyraspol to bardzo spokojne miasto, życie tutaj toczy się trochę wolniej niż w pozostałych stolicach Europy, czy Azji, ale widać że miasto się rozwija, budują się nowe obiekty, choćby w samym centrum powstaje wielki kompleks apartamentowy. Ruch samochodowy jest znacznie spokojniejszy niż na przykład w Kiszyniowie, a oprócz standardowych w tym rejonie świata marszrutek, pasażerów po mieście wozi nowy tabor trolejbusów. Ulice są czyste, przestronne, zabudowa nienachalna, jednym słowem miasto wygląda na całkiem przyjazne do życia. W porównaniu do poprzedniej wizyty zauważyliśmy też większą ilość turystów przechadzających się po mieście. Większa ilość oznacza, że oprócz naszej trójki wesoło przemierzającej ulice miasta widzieliśmy jeszcze przynajmniej jednego turystę z aparatem w ręku. 

[photosetgrid layout=”13″]Tiraspol, Church of NativityTransnistria, TiraspolTransnistria, TiraspolOla in Tiraspol[/photosetgrid]

Ale liczba turystów musi rosnąć ponieważ powstają nawet agencje turystyczne proponujące różne formy zapoznania z lokalną kulturą. Biorąc pod uwagę lokalne warunki ceny wycieczek są wygórowane, ale trzeba przyznać, że w ich ofercie znajduje się kilka ciekawych propozycji. Transnistria Tour oferuje między innymi wycieczkę przez Tyraspol szlakiem żydowskim lub niemieckim, wizytę u kolekcjonera alkoholi gdzieś poza miastem, albo tour po lokalnej fabryce obuwia z 10% zniżką na zakup naddniestrzańskich trzewików! Pomysłów na Tyraspol jak widać jest więcej niż można by się było spodziewać po krótkim spacerze przez centrum miasta. Ciekawostki kryją się w przestrzeni republiki, wystarczy je tylko odnaleźć. 

[photosetgrid layout=”13″]Transnistria, TiraspolTransnistria, TiraspolTransnistria, TiraspolTransnistria, Tiraspol[/photosetgrid]

Postęp w rozwoju Naddniestrza, oprócz głównej ulicy, widać też na granicy. Tym razem przy wyjeździe o dziwo nawet nie pojawiła się kwestia łapówki, a co więcej mieliśmy okazję zamienić z sympatycznym celnikiem pracującym w nowych pomieszczeniach, kilka słów na temat świeżych wyborów prezydenckich w Polsce.

Aha, w drodze powrotnej polecamy jeszcze zatrzymać się w XVI-wiecznej Twierdzy w Benderach i rzucić okiem na pięknie wijący się w dole Dniestr. 

Transnistria, Bendery Fortress

BlogNa stole

Browar Miejski Gloger

10/07/2015 — by Magdalena Kuźma3

gloger007-960x640.jpg

Pod koniec XIX wieku w położonym pod Białymstokiem Jeżewie Starym Zygmunt Gloger, znany etnograf i historyk rozpoczął warzenie piwa. Browar istniał do 1954 roku i przez cały okres funkcjonowania cieszył się bardzo dobrą renomą. Obecnie to tylko historia i zabytkowe ruiny nieopodal Tykocina. Do tej tradycji postanowili nawiązać twórcy nowego białostockiego browaru rzemieślniczego Gloger. Czy im się to udało? Postanowiliśmy to sprawdzić. 

Browar Miejski Gloger

Piwna rewolucja u bram

Polskę zalewa piwo nowej fali, mamy już ponad 100 nowych browarów, kilkaset premier piwnych rocznie. Fala rewolucji dotarła również na Podlasie. Obok już istniejących minibrowarów Słodowy Dwór i Stara Szkoła nadszedł czas na Browar Miejski Gloger. W czasach rozkwitu piwnej turystyki, często browar staje się wizytówką regionu czy miasta i przyciąga turystów. Tak było również z nami. Mimo, że nie jesteśmy piwnymi sensorykami, to podczas naszych wędrówek po świecie w niektóre miejsca wybieramy się tylko po to, aby odwiedzić browar czy festiwal piwny. Na wieść o nowej warzelni, szczerze ucieszyliśmy się i liczyliśmy na ciekawą produkcję z naszego miasta, która obok oczywistych naturalnych walorów, historii, kultury i zabytków mogłaby być jednym z powodów dla odwiedzenia Podlasia.

[photosetgrid layout=”12″]BROWAR MIEJSKI GLOGERMiejski Browar GlogerMiejski Browar Gloger[/photosetgrid]

Browar Miejski Gloger

Browar położony jest trochę na uboczu, przy drodze wylotowej z miasta w kierunku Augustowa. Obok warzelni otwarto salę restauracyjną i tam skierowaliśmy swoje pierwsze kroki. Całość sprawia dobre wrażenie. Jak w wielu browarach restauracyjnych centralny punkt lokalu stanowi część warzelni. Budynek jest dość duży, na zapleczu znajduje się również spory ogródek. Dziwią tylko godziny otwarcia restauracji: w tygodniu zamykana jest o 21.00. Praktyka pokazuje jednak, że gdy klienci dopisują, czas pracy jest trochę przedłużany. Do piwa możemy spróbować również kuchni polskiej z golonką i kiełbaskami na czele. Wegetarianie nie znajdą tu niczego ciekawego, pozostaliśmy przy piwie. Zaskakujący jest fakt, że browar od początku wystartował z ofertą aż dziesięciu warzonych na miejscu piw. Dość odważne. Piwa dostępne są z beczki i w butelkach. Niestety smuci brak degustacyjnych pojemności, które są już standardem w lokalach serwujących szeroki wybór dobrej jakości piw. Wszystkiego nie dało się spróbować na miejscu, zapoznaliśmy się tylko z częścią produkcji, ale kilka butelek pozostałych gatunków zabraliśmy do domu.

BROWAR MIEJSKI GLOGER

Pustka, czyli górna fermentacja

Jako wielbiciele piw nowofalowych rozpoczęliśmy od India Pale Ale, które jak się potem okazało było jednym z najsłabszych piw w ofercie browaru. Piwo niepasteryzowane, 16°Blg, 6,2% alkoholu. Ani w lokalu, ani na etykiecie nie znaleźliśmy informacji, jakie chmiele i słody zostały użyte do warzenia piwa, ani ile wynosi IBU. Ten brak informacji dotyczy wszystkich „Glogerów”. Polska IPA jest ciemna, mętna i ma bardzo słabą pianę, aromatów praktycznie żadnych. Na pewno nie spodziewajcie się cytrusów, żywiczności i podobnych, kojarzących się z amerykańskimi chmielami aromatów. Smak również nas rozczarował, goryczka okazała się bardzo słaba. Piwo to szczególnie źle wypadło testowane z butelki, na miejscu w browarze wydawało nam się ciut lepsze. 

Gloger Herbowy, czyli piwo pszeniczne górnej fermentacji o 12,6°Blg i 5,4% alkoholu. Pierwsze wrażenia mieliśmy pozytywne, dość dobra piana, przyjemny wygląd. W aromacie na pewno nie dominowały banany, jak mogliśmy przeczytać na etykiecie, mimo to piwo było całkiem przyjemne. Głównie wyczuliśmy nuty pszeniczne. Piwo bardzo wytrawne, orzeźwiające, chociaż dominująca w smaku kwasowość nie wszystkim może przypaść do gustu. Warto zwrócić uwagę na nazwę Herbowe – to przed czasami Kompanii Piwowarskiej sztandarowy produkt browaru Dojlidy z Białegostoku. Mimo że był to zwyczajny lager, do dziś ta nazwa dobrze kojarzy się w tym regionie. Wydaje się jednak, że Gloger Herbowy nie powtórzy sukcesu tamtego piwa.

BROWAR MIEJSKI GLOGER
 
Kolejnym degustowanym było piwo Rubinowe, czyli Red Irish Ale o ekstrakcie 12,5° i 5% alkoholu. Kolor miedziany, piana ładna, ale bardzo nietrwała. Aromat słaby, słodowy, podobnie jak smak. Ciężko wyczuć jakiekolwiek nuty chmielowe, goryczka o dziwo umiarkowana, ale bardzo szybko znikająca. Piwo sprawiło wrażenie pustego. Bez żalu przeszliśmy do kolejnego.

Na miejscu w lokalu obsługa najbardziej polecała Stouta, co chyba nie jest do końca  dobrym posunięciem. Piwo to jest co najwyżej średnie. Ekstrakt 14°, 5,7% alkoholu, kolor ciemnobrązowy, piana ciężka do wzbudzenia, nietrwała. W Gloger Stoucie dominują aromaty palone. Piwo wydało nam się raczej słabo chmielone, goryczka była niewielka, a ogólne wrażenie kiepskie. Jak możemy przeczytać na etykiecie, z założenia piwo miało być treściwe, z aromatem kawy i karmelu. Jednak aby którąś z tych rzeczy w nim odnaleźć trzeba się naprawdę postarać.

Dolna fermentacja, czyli klasyka też leży 

Zaczęliśmy od piwa Marcowego. Historycznie piwo marcowe produkowane było w pierwszych tygodniach wiosny i leżakowało aż do jesieni. Swoją sławę zawdzięcza głównie monachijskiemu festiwalowi Oktoberfest. Tutaj raczej piwo nie było aż tak długo leżakowane, mimo to Gloger Marcowy wypadł dość dobrze. Złota barwa, słodowy smak, piana niestety szybko ulotna. Dość pijalne. Ekstrakt 13,7°, zawartość alkoholu 5,8%.

Drugim „dolniakiem” jakiego spróbowaliśmy był Gloger Premium, reklamowany jako klasyczny pils. Kolor złoty, piania ładna, biała, ale szybko opadająca, w smaku wyczuwalna goryczka. Mogłoby to być całkiem dobre piwo, gdyby nie bardzo nieprzyjemny aromat. Znawcy branży pewnie napisaliby, że to DMS, jednak my, jako że nimi nie jesteśmy, ograniczymy się do wyrażenia swojej ogólnej dezaprobaty dla tego piwa, a zwłaszcza jego aromatu. Ekstrakt 13,5°, zawartość alkoholu 5,2%.

BROWAR MIEJSKI GLOGER

Golger Złote z kolei oceniliśmy jako najgorsze piwo z tego browaru (ekstrakt 10°, 4,1% alkoholu). Barwa słomkowa, piany praktycznie brak, za to w aromacie dominuje zgnilizna, jakby nuty siarkowodoru. Zapach jest silny, wręcz odpychający. Piwo niestety poszło w odstawkę, żeby nie powiedzieć, że wylądowało w zlewie. W związku z tym, że podobne wrażenie odnieśliśmy przy Classicu (12,5°, 5,2%) dalej nie szukaliśmy i na tym zakończyliśmy nasze spotkania z browarem Gloger. Szkoda, że te dwa piwa, również nazwami nawiązujące do marek produkowanych kiedys przez Browar Dojlidy, okazały się pełne wad.

W ofercie browaru są jeszcze dwa piwa: Brylant Jasny i Pszeniczne Ciemne. Nazwa Brylant Jasny miała na pewno nawiązywać do cenionego, sztandarowego produktu browaru w Jeżewie Starym. Czy im się udało polecamy sprawdzić samodzielnie, my na razie zrezygnujemy. Na podstawie wypróbowanych rodzajów wydaje nam się, że piwa Gloger nie są warte swojej, bądźmy szczerzy, wygórowanej ceny. Tym bardziej, że rynek piw kraftowych oferuje ogromny wybór o niebo lepszych piw, w znacznie lepszych cenach. Za tę kwotę spokojnie można napić się czegoś naprawdę dobrego.

Żeby nie przedstawiać wszystkiego w czarnych barwach, musimy przyznać, że estetyczna strona projektu Gloger ma się całkiem nieźle. Etykiety na butelkach są klasyczne, ale dzięki temu estetyczne i robiące dobre wrażenie. Docenić należy też ciekawe kapsle z logo browaru. Pozostaje mieć nadzieję, że warzelnia zacznie się rozwijać i z czasem zaproponuje coś lepszego. Może to po prostu kwestia pierwszej warki, a z każdą następną poziom jakości będzie się podnosił, zobaczymy. Może na początek trzeba było skupić się i dopracować kilka gatunków piwa, a nie od razu warzyć dziesięć? Kto wie? Do tego przydałoby się więcej informacji na temat konkretnych piw na ich etykietach. Zabrakło nam choćby opisów zastosowanych odmian chmieli, słodów, czy wartości IBU.

Browarowi Gloger życzymy powodzenia w dalszej produkcji i trzymamy kciuki za podniesienie jakości, bo inicjatywa z przywołaniem tradycji dobrych lokalnych piw jest świetnym pomysłem i wróżbą potencjalnego sukcesu na rynku kraftu, ale i świetną okazją do zapoznania szerszego grona Białostoczan z innymi niż standardowy lager gatunkami piw.

Pierwsze trzy piwa testowaliśmy z beczki i butelki, pozostałe z butelki.

Gloger Browar Miejski

BlogNa stole

Jeśli nie wino, to co? Mołdawskie doznania piwne

09/07/2015 — by Magdalena Kuźma0

beer005-960x630.jpg

– Ale wiesz, co jest w Europie najzabawniejsze?

– Co?

– Drobne różnice. Mają tam te same g… , co tu, ale tam są trochę inne. 

– Na przykład?

– W Amsterdamie możesz w kinie kupić piwo. I to nie w papierowych kubkach. Dają ci normalne szklanki. A w Paryżu możesz kupić piwo w McDonaldzie.

W Kiszyniowie też! Przekonaliśmy się o tym, gdy spacerując główna arterią miasta trafiliśmy na restaurację McDonald’s. Zamiast reklamy Big Maca powitał nas banner reklamujący piwo. Piwo w McDonaldzie? Od razu przyszedł nam na myśl ten kultowy dialog z Pulp Fiction. W związku z tym, że i tak chcieliśmy właśnie nakarmić Olę, postanowiliśmy się zatrzymać i spróbować tego, co tam mają. W zasadzie to niezłe rozwiązanie, bo chyba nic innego z menu McDonald’s nie skusiłoby nas do zatrzymania się w tym barze. Piwo okazało się bardzo słabe, wodniste i zupełnie bez smaku. Do tego po otwarciu się wypieniło. Biorąc pod uwagę jego walory, to ten gushing był nawet korzystny. 

Beer in McDonalds, Chisinau

Pić piwo w Mołdawii 

Ruszyliśmy dalej zastanawiając się, czy już zupełnie wszędzie na świecie dominuje bezsmakowy międzynarodowy lager i postanowiliśmy się przekonać, jak to jest w Mołdawii. Pić piwo w Mołdawii to trochę, jak wódkę w Belgii, albo rum w Gruzji. No trudno, ale skoro już postanowiliśmy, to musimy to sprawdzić. Obecnie w Kiszyniowie barów i restauracji jest na potęgę, ze znalezieniem piwa nie ma problemu. Gorzej, gdy chcemy wypić coś beczkowego, bo wszędzie dominuje puszka i butelka. A w zasadzie dominuje piwo Chişinău w puszce i butelce. Ten browar zupełnie zdominował rynek. 

Chişinău, czyli Kiszyniow, to sztandarowy produkt browaru Efes Vitanta, który znajduje się w stolicy. Tam skierowaliśmy swoje kroki, aby dowiedzieć się, że niestety nie oferuje on żadnych wycieczek dla indywidualnych turystów, więc musieliśmy się zadowolić zwiedzeniem niewielkiej sali wystawowej. Browar ponad 10 lat temu trafił w ręce tureckiej grupy Efes i prawdopodobnie wtedy przestał produkować dobre piwa. Większość obecnie warzonych tam piw to zwyczajne lagery, przypominające te, które można kupić na całym świecie. Piwo nie zachwyca nawet pite w przybrowarnej restauracji. Widać, że browar rozwija się w tym samym kierunku, co inne na świecie. Oprócz podstawych Chişinău Blonde, Draft, Aoea oraz Chişinău Specială Tare produkuje też różne miksy piwa z lemoniadą czy z colą. Jedyna rzecz, która odróżnia go od europejskich lagerów to ciekawie zdobione butelki i kapsle otwierane pociągnięciem zawleczki. 

Naszą piwną przygodę kontynuowaliśmy następnego dnia. W czasie zakupów w supermarkecie przyjrzeliśmy się lokalnej ofercie. Tutaj również dominował Chisinau. Oprócz niego do wyboru było wiele gatunków piw ukraińskich i rosyjskich. Większość z nich już kiedyś piliśmy i nie znaleźliśmy nic, co zrobiłoby na nas wrażenie. 

Chisinau beer

Szukaliśmy czegoś nietypowego i trafiliśmy na piwo Kellers z minibrowaru Makler Plus. Jak się potem okazało był to bardzo dobry wybór. Kolejny raz przekonaliśmy się, że warto zwracać uwagę na to, co jedzą i piją miejscowi – w tym piwie jako jedynym były wyraźne braki na półkach.

Jest ono niestety dostępne tylko w butelkach PET. Taki system to domena wszystkich krajów byłego ZSRR. Nas szczerze mówiąc piwo sprzedawane w PET-ach raczej nie zachęca do konsumpcji. Kellers produkowany jest przez minibrowar mieszczący się w Budeşti. Przetestowalismy dwa piwa z niego pochodzące: jasne o ekstrakcie 11% i 4% alkoholu oraz ciemne o parametrach 14% ekstraktu i 4,7% alkoholu. Co ciekawe oba piwa są niepasteryzowane. Jasne nie było złe, jednak dopiero ciemne okazało się strzałem w dziesiątkę. Bardzo ładny, prawie czarny kolor, obfita, średniopęcherzykowa, ładnie koronująca piana, aromat chmielowy, smak słodowy z aromatami czekoladowymi, palonymi i umiarkowaną goryczką. Z czystym sercem możemy polecić to piwo.

Kellers beer, Moldova
Postanowiliśmy kontynuować nasze piwne wędrówki, jednak internet był bezlitosny – okazało się, że najlepsze, co można wypić z mołdawskich browarów mamy już za sobą. Z ciekawszych rzeczy, wszyscy polecali mały browar restauracyjny, który znajdował się dosłownie 500 metów od naszego hotelu. Jak to zwykle bywa z rzeczami położonymi tuż pod nosem, dotarliśmy tam dopiero ostatniego dnia naszego pobytu. 

Kiszyniów Beer House 

Beer House to, jak na warunki mołdawskie, lokal ekskluzywny, co widać między innymi po cenach, porównywalnych do innych tego typu obiektów w Europie Zachodniej. Klientela też jakby zachodnia, brak lokalnej młodzieży, której tłumy widać  w innych barach miasta. Browar oprócz piwa oferuje również bogate menu, jednak potraw lokalnych jest w nim niewiele. Wygląda to trochę tak, jakby mołdawianie wstydzili się swojej tradycji kulinarnej. Sam lokal sprawia miłe wrażenie: wnętrze z drewnianymi ławami, na ścianach kamień. Lokal jest dość duży, ale mimo, że odwiedzamy go w weekendowy wieczór, świeci pustkami. Centralne miejsce zajmuje duży bar, za którym znajduje się serce minibrowaru, czyli warzelnia z rocznym wybiciem ponad 2000 hektolitrów. 

Beer house brewery, Chisinau

My usiedliśmy na dużym tarasie, którego zieleń ładnie oddziałała nas od ulicy i  przystapiliśmy do próbowania piw. Można je zamówić w różnych pojemnościach, a najmniejszą, degustacujną jest 250 ml. Gdy okazło się, że do wyboru są tylko cztery piwa, nie zawracaliśmy sobie głowy szkłem degustacyjmym i zamówiliśmy od razu o dużym.

Beer House brewery, Chisinau

Dostępne piwa, zaczynając od jasnych, to BH Blonda (niefiltrowane), BH Blonda (filtrowane), mieszane BH Extra (niefiltrowane) oraz ciemne BH Bruna, również niefiltrowane. Piwa nie sprawiały złego wrażenia, były zdecydowanie lepsze od mołdawskiej średniej. Wszystkie były bardzo pijalne, lekko goryczkowe, bez wyraźnych defektów. Z tych czterech zdecydowanie wybijało się ciemne niefiltrowane. Duża, gęsta piana, mocne palone nuty, lekka goryczka sprawiły, że  bardzo przypadło nam ono do gustu. 

[photosetgrid layout=”13″]Beer House brewery, ChisinauBeer House brewery, ChisinauBeer House brewery, ChisinauBeer House brewery, Chisinau[/photosetgrid]

Po krótkiej przygodzie z piwem wróciliśmy jednak bez żalu do wina i zrobiliśmy zapasy do zabrania ze sobą do domu. Reasumując – Mołdawia to jednak wino, a wino to Mołdawia. Jeśli jednak postawnowicie sięgnąć po piwo, to również możecie trafić na coś dobrego. Generalnie ciemne piwa wydają się tam ciekawsze, a z perłek  polecamy minibrowary Kellers oraz BeerHouse w Kiszyniowie. Piwo raczej nie będzie czymś, dla czego warto przyjechać do Mołdawii, ale już tam będąc możecie pokusić się o spróbowanie kilku lokalnych produktów.

BlogNa stole

7 ciekawostek o winie, których dowiedzieliśmy się zwiedzając piwnice Cricova

24/07/2015 — by Magdalena Kuźma10

Cricova12-960x640.jpg

Winiarnia Cricova to obok Milestii Mici najbardziej znany kompleks winny w Mołdawii. To nie tylko setki kilometrów podziemnych piwnic i korytarzy, w których produkuje się i przechowuje wino, ale również ponad 500 hektarów winnic i ponad 5000 ton zebranych winogron rocznie. 

Wjazd na teren winnicy Cricova

Tunele, które do dziś służą do produkcji i przechowywania wina są o wiele starsza niż sama winnica. Ich historia rozpoczęła się kilka milionów lat temu, gdy tereny Mołdawii były przykryte płytkimi wodami, a na ich dnie z bezładnie ułożonych muszli powstawały warstwy specyficznego wapienia, zwanego muszlowcowcem. Współcześnie skała ta jest dobrym materiałem budowlanym, a w trakcie jej pozyskiwania powstały korytarze i tunele, które dziś tworzą kompleks Cricova.

Piwnice winne Cricova

1). Winorośl jest jedną z najstarszych roślin na świecie – ma ponad 10 milionów lat. Odpowiednie szczepy, urodzajne ziemie i słońce to sekrety mołdawskich win. Niektóre z lokalnych mołdawskich szczepów zyskały światowe uznanie i stały się międzynarodowymi. Słońca Mołdawii jeszcze nikt nie ukradł, ale ziemię już próbowano – w czasie II wojny światowej Niemcy z okolic Cricova wywozili ją pociągami.

[photosetgrid layout=”12″]Wjazd do piwnic CricovaPiwnice winne CricovaBeczki z winem w piwnicach Cricova[/photosetgrid]

2). Większość ludzi maksymę „wino im starsze, tym lepsze” uznaje za aksjomat, tymczasem rzeczywistość jest zupełnie inna. Większość win powinna być wypita w kilka lat po ich wyprodukowaniu, jedynie znikomy procent naprawdę dobrych można przechowywać dłużej niż kilkanaście, a tylko te najszlachetniejsze mogą być leżakowanie po kilkadziesiąt lat od daty produkcji. Kluczową sprawą jest oczywiście jakość owoców wykorzystanych do wytworzenia trunku. Cricova może pochwalić się posiadaniem w swojej kolekcji stuletnich win nadal zdatnych do spożycia. Co ciekawe, wiele win z ich zbiorów, które przestały nadawać się do spożycia zmieniło się w galaretkę i powoli kamienieje. Te zaskakujące procesy zachodzące w winie wciąż są obiektem badań enologów.

[photosetgrid layout=”11″]Piwnice winne CricovaPiwnice winne Cricova[/photosetgrid]

3). Idealna temperatura do przechowywania wina to 12 – 14 stopni Celsjusza, a wilgotność około 80%. Takie właśnie warunki panują w tunelach Cricova. Największym atutem piwnic jest stałość tychże, gdyż każda zmiana warunków przechowywania jest o wiele gorsza dla wina niż źle dobrane stałe parametry. Co ciekawe, wahania niekorzystnie wpływają na szczelność butelki. Wynika to z innej jest kurczliwości korka, i innej szkła. Ważne jest także zaciemnienie i brak drgań, dlatego do piwnic z tymi najbardziej wartościowymi trunkami turyści nie są wpuszczani, ani pieszo, ani tym bardziej samochodem. Te idealne do dojrzewania warunki powodują, że wielcy tego świata trzymają tutaj swoje trunki. Oprócz Vladimira Putina, swoje wina przechowuje tam na przykład Angela Merkel.

Wina Putina w Cricova

4). W Cricova znajduje się podziemna produkcja win musujących, prowadzona metodą szampańską. W specjalnie skonstruowanych stojakach, skierowane korkiem w dół, leżakują butelki z winem. Co dwa tygodnie wyjmuje się każdą i przekręca tak, aby pod korkiem zebrał się osad. I tak przez trzy lata. Po upływie tego czasu korek z osadem szybko się wyrzuca wstawiając nowy. Wykonuje się to bez naruszenia zawartości, poprzez zamrożenie szyjki butelki i szybką wymianę korka. Oczywiście tak powstają tylko najlepsze wina, większość tańszych przechodzi szybkie dojrzewanie. Ciekawe jest, że znane tanie wina musujące jak Russkoje Igristoje powstawały właśnie tutaj w Cricova.

[photosetgrid layout=”12″]Piwnice winne CricovaProdukcja wina musującego w CricovaProdukcja szampana w Cricova[/photosetgrid]

5). Kolekcja win w Cricova jest nieznacznie mniejsza niż w Milestii Mici. Początek dały jej zbiory nazistowskiego marszałka Göringa, w którego piwnicy znaleziono kilkanaście tysięcy najlepszych europejskich win. Zbiory trafiły do Mołdawii jako odszkodowanie za zniszczenia wojenne. Obecnie jest w nich 1,2 mln butelek i 640 gatunków win, za to jej wartość trudno nawet oszacować. Najstarsze wino w kolekcji to deserowe wino paschalne wyprodukowane w 1902 r. na terenach dzisiejszego Państwa Izrael.

Piwnice winne Cricova

6). W Mołdawii oprócz odmian międzynarodowych z powodzeniem uprawia się lokalne szczepy winorośli. Są to między innymi Feteasca Alba (white), Feteasca Regala (white), Feteasca Neagra (red), Rara Neagra (red), and Viorica (white). Nad wszystkim czuwa Insytut w Kiszyniowe, w którym hodowane są specjalnie odmiany odporne na mrozy i choroby. W Mołdawii powstaje również sporo win musujących, głownie ze szczepów pinot noir i chardonnay – bardzo chętnie używanych do produkcji wina musującego wspomnianą wcześniej klasyczną metodą produkcji.

Produkcja wina w CricovaCricova jest ekskluzywnym miejscem spotkań mołdawskich elit. W podziemnych salach często nawet obraduje rząd Mołdawii. W kompleksie położonym kilkadziesiąt metrów pod ziemią jest nawet specjalna sala z prawdziwym kominkiem – prawdopodobnie najgłębiej położonym kominkiem na świecie. Legenda głosi, że swoje urodziny obchodził tutaj Władimir Putin. Gościem Cricova był również Jurij Gagarin, który w piwnicach miał zgubić się nawet na kilka dni. Podobno gdy wytrzeźwiał i odnalazł wyjście, w księdze pamiątkowej napisał:

Łatwiej oderwać się od ziemi, niż wyjść z Cricovskich piwnic

[photosetgrid layout=”12″]Piwnice winne CricovaKominek w sali CricovaPodziemne korytarze Cricova[/photosetgrid]

Aby zdać sobie sprawę, jak wielkie są korytarze, jak potężne beczki w sobie kryją i ile butelek szampana jest przechowywanych w piwnicach zobaczcie film z naszej podziemnej podróży:

Blog

Gagauzja. Czy czeka nas powtórka z Krymu?

06/07/2015 — by Magdalena Kuźma10

gagauzja026-960x640.jpg

Gagauzja, niewielkie autonomiczne terytorium na południu Mołdawii, trzy miasta, kilkanaście wsi, niespełna dwieście tysięcy mieszkańców. Pola, łąki, nieużytki. Co ciekawego ma w sobie Gagauzja? Czy może zaoferować cokolwiek przeciętnemu turyście? Pomniki przyrody, wielowiekowe zabytki? Chyba nie. Wyjątkowość tego regionu wynika z jego sytuacji geopolitycznej. Jest on jedną z aren, na której zderzają się potęgi Wschodu i Zachodu. Do tego szala zwycięstwa zaczyna się ostatnio przechylać na stronę Moskwy.

Droga do autonomii

Gagauzi to niewielki naród o silnej prorosyjskiej orientacji, którego historię i kulturę postanowiliśmy zgłębić. Wybory polityczne właśnie tej społeczności mogą w najbliższym czasie zmienić rozkład sił w całej Europie. Ale zacznijmy od początku. 

Gagauzi przybyli na tereny Besarabii na przełomie XVIII i XIX wieku z terenów Dobrudży, historycznej krainy nad Morzem Czarnym. Skąd się tam wzięli? Historycy nie są zgodni, główne hipotezy wskazują na ich tureckie korzenie, jednak nie wyklucza się ich słowiańskiego rodowodu. Pewnym jest, że na przełomie XIV i XV wieku na ich pierwotnych terenach istniało państwo Oguzów, którego znak rozpoznawczy, szary wilk, do dziś uznawany jest za jeden z symboli Gagauzji. Państwo to zniknęło z mapy świata podbite przez Imperium Osmańskie. Po przybyciu do Besarabii Gagauzi, mimo licznych prób, nie stworzyli własnego państwa. Do najważniejszych wydarzeń doszło na fali rewolucji rosyjskiej – w 1906 roku proklamowana Republikę Komracką. Mimo, że powstanie trwało tylko 5 dni, do dziś jest podstawą gagauskiej tożsamości. 

Transport in Moldova

Dalsza historia Gagauzji to stałe związanie z ZSRR, a następny przełomowy moment to 1988 rok. W Komracie powstał klub dyskusyjny Lud Gagauski, który szybko przerodził się w ruch polityczny. Później wydarzenia potoczyły się szybko, w 1990 roku proklamowano Republikę Gagauską, jako byt pozostający w składzie ZSRR, ale niezależny od Mołdawskiej SRR. Po upadku związku radzieckiego Gagauzi znaleźli się w granicach Republiki Mołdawii, jednak już w 1994 roku powstało Terytorium Autonomiczne Gagauzji. Ostateczny kształt regionowi został nadany rok później, na podstawie referendum, w który Komrat wybrano, jako stolicę nowego politycznego tworu.

CO MUSISZ WIEDZIEĆ O GAGAUZACH

Gagauzja dziś

Dziś do Gagauzji możemy dostać się bez żadnych problemów. Droga z Kiszyniowa jest pełna dziur, czasami brakuje asfaltu, ale generalnie jest przejezdna. Formalna granica nie istnieje, jakby przegapić znak informujący, że wjeżdżamy do autonomii, można w ogóle nie zdać sobie sprawy, że wkracza się do Gagauzji.

Gagauzia

W końcu dotarliśmy do stolicy, miasta Komrat. Tutaj znajduje się parlament autonomii, swoją siedzibę ma również baszkan – prezydent Gagauzji. Do dziś nie wiemy, w jaki sposób zamiast znaleźć się na głównej arterii miasta trafiliśmy prosto na, położony niejako na uboczu, Komracki Uniwersytet Państwowy. Dość symboliczne. Uczelnia jest dumą całej Gagauzji, ale mimo że stanowi jeden z elementów ich tożsamości, to językiem wykładowym jest rosyjski. Dlaczego nie gagauski? Nie bez znaczenia jest wieloletnia rusyfikacja w czasach ZSRR, ale istotna jest też krótka historia języka gagauskiego w formie pisanej. Do przełomu XIX i XX wieku gagauski głównie był językiem mówionym. Moment przełomowy przyszedł w latach 50-tych XX wieku, kiedy to przystosowano cyrylicę do zapisu języka gagauskiego i rozpoczęto jego nauczanie w szkołach. Szybko powrócono do języka rosyjskiego. W 1993 roku parlament Mołdawii przyjął dla języka gagauskiego nową ortografię, opartą na alfabecie łacińskim i obecnie nauczenie gagauskiego jest obowiązkowe w szkołach podstawowych. Co ciekawe język ten, należący do tureckiej grupy językowej, mimo tak małej społeczności nim się posługującej, ma aż dwa dialekty.

Wracając do uniwersytetu – budynek, a w szczególności kampus, na tle innych prezentuje się dość okazale, co Komrat zawdzięcza głównie Turcji, która finansuje jego rozbudowę i działanie, wysyła również turecką młodzież na studia do Komratu. Dlaczego właśnie Turcy? Bo to najbardziej spokrewniony z Gagauzami naród. Mimo, że Gagauzi są prawosławni, a Turcy w większości reprezentują świat islamu, to dialog między tymi narodami trwa. Turcja udzieliła Gagauzom dużego wsparcia zarówno politycznego, jak i kulturowego w momencie tworzenia podstaw państwowości po upadku ZSRR. Jednak mimo wszystko Gagauzi największe sympatie kierują w stronę Federacji Rosyjskiej i Republiki Naddniestrza. 

W centrum Komratu

NAJWAŻNIEJSZE ATRAKCJE KOMRATU

W końcu trafiliśmy do samego centrum, pod budynek parlamentu. Nie zrobił on na nas wielkiego wrażenia, a jedyne co zwróciło uwagę, to stojący obok pomnik Lenina. Już po krótkim pobycie w Besarabii mogliśmy się przekonać, że na jej terenie wciąż jeszcze istnieje wiele zewnętrznych oznak byłej przynależności do ZSRR. Budynek parlamentu, w którym swoją siedzibę ma również baszkan, to dziś centrum państwowości pozostających w ciągłym konflikcie z Kiszyniowem Gagauzów. W 2014r. właśnie tutaj zapadły kluczowe dla autonomii decyzje. W opozycji do władzy centralnej, w Gagauzji przeprowadzono referendum, którego znaczenie trudno przecenić. Zdecydowana większość obywateli opowiedziała się za prawem Autonomii Gagauskiej do niepodległości, integracją w ramach Unii Euroazjatyckiej oraz odłączeniem się od Mołdawii w wypadku utraty przez nią suwerenności. Kiszyniów nie uznaje ani wyników, ani samego referendum. Sytuacja jest też skutecznie rozgrywana przez Federację Rosyjską – po podpisaniu przez Kiszyniów traktatu stowarzyszeniowego z Unią Europejską Rosja wprowadziła zakaz importu mołdawskich win i owoców. Embargo to nie objęło Gagauzji, co niewątpliwe wpłynęło na dalszy zwrot Komratu w kierunku Federacji Rosyjskiej i wzmocnienie pragnienia odłączenia się od Mołdawii.

[photosetgrid layout=”12″]Comrat, GagauziaComrat, Gagauzia
Gagauzja, monumet of Lenin[/photosetgrid]

Nasze następne kroki skierowaliśmy do cerkwi św. Jana będącej w zasadzie jedynym zabytkiem Komratu. Żółty budynek wyłamuje się z szarości miasta, a świątynia podobno jest ładnie zdobiona w środku, o czym nie udało nam się przekonać, gdyż była zamknięta. 

Comrat, Gagauzia

Warto również odwiedzić znajdujące się niedaleko Muzeum Historyczno – Etnograficzne. Ponieważ Ola najpierw zobaczyła świetny plac zabaw tuż obok cerkwi, a po intensywnych zabawach i zapoznaniu z gagauską koleżanką zrobiła się głodna, postanowiliśmy poszukać jakiegoś baru z lokalnym jedzeniem. Szybko polegliśmy, jeżeli chodzi o lokalne jedzenie, bo niczego takiego w centrum nie znaleźliśmy i usiedliśmy w jednym z barów znajdujących się przy centralnym skwerze. Dość powszechne jest to, że w krajach pograniczna o wiele łatwiej zjeść pizzę, czy hot – doga, niż coś z lokalnej kuchni. Co gorsze, nasz kelner nawet nie był w stanie wskazać, które wina z karty pochodzą z Gagauzji. Ostatecznie przetestowaliśmy naddniestrzańskie brandy i koktajle owocowe. Najważniejsze jednak było to, aby nakarmić Olę. Wiadomo, że głodna Ola, to zła Ola, a zła Ola to najgorsze, co może nam się przydarzyć nie tylko w Gagauzji, ale w każdym możliwym miejscu. Na szczęście te sprawy udało nam się załatwić we wspomnianej wyżej restauracji i pomimo, że nie było tam krzesełka do karmienia, ani nic w menu co nadawało by się dla rocznego dziecka, Ola wyszła z pełnym brzuszkiem. Zazwyczaj, w którymś z naszych przepastnych bagaży można znaleźć dziecięcy obiadek w słoiczku, więc nie martwimy się o lokalne menu. Cały plac, jak na warunki mołdawskie, robi świetne wrażenie: tandetna, ale równo ułożona kostka Bauma, nowy plac zabaw dla dzieci, działające fontanny i kilka zupełnie europejskich restauracji. Wszystko to oczywiście najbardziej spodobało się Oli. 

[photosetgrid layout=”13″]Comrat, GagauziaComrat, GagauziaComrat, GagauziaComrat, Gagauzia[/photosetgrid]

A sam Komrat? Mieliśmy mieszane uczucia – prowincjonalne miasteczko, centra handlowe kontrastujące  z wszechobecną biedą. Rusofilstwo Gagauzów widoczne jest na każdym rogu, obok flag Gagauzji powiewają flagi Federacji Rosyjskiej, w samochodach na lusterkach wiszą gieorgijewskie lentoczki, a gdzieniegdzie można znaleźć plakaty z wizerunkiem Putina. Oznak przynależności do Mołdawii jakby brak. W restauracji, w której jedliśmy usłyszeliśmy z pewnością prawdziwe stwierdzenie, że Komratu i Kiszyniowa nie łączy już nawet wino. Datę jednego z głównych świąt Mołdawii, Festiwalu Wina, w Komracie zmieniono na tydzień późniejszą niż w Kiszyniowie.

Spacer po ulicach miasta nie był łatwy, poza głównymi ulicami chodniki raczej się rozpadają. Pejzaż miasta to centra handlowe na przemian z rozpadającymi się chatkami. W Komracie nazwy ulic i szyldy sklepowe są po rosyjsku, z wyjątkiem oficjalnych tabliczek, ciężko uświadczyć język mołdawski. W zasadzie to nawet nie mołdawski, a rumuński. Decyzją Trybunału Konstytucyjnego Mołdawii z grudnia 2013, językiem urzędowym kraju jest język rumuński, a nazwa „język mołdawski” oznacza język rumuński stosowany na terytorium Mołdawii. Na tę decyzję zareagowała nawet Wikipedia, zniesiono mołdawską wersję i dla obu krajów istnieje tylko rumuńska. Gagauzi natomiast, jak opowiadał nam kelner mówiący wyłącznie po rosyjsku, mają dla swojego języka własną! Na ulicach miasta wydawało nam się, że w większości słyszeliśmy rosyjski, ale podobno język gagauski zachował się jeszcze na wsi.

[photosetgrid layout=”12″]GagauziaGagauzjaGagauzia[/photosetgrid]

Gagauska prowincja

W Komracie nie znaleźliśmy wielu śladów Gagauzji i licząc, że prowincja jest zawsze bardziej konserwatywna, ruszyliśmy na wieś. Pierwsze, co po wyjeździe ze stolicy rzuca się w oczy to porozrzucane wszędzie śmieci. Walają się na polach i drogach; czasami jadąc polną drogą wydawało nam się, że jedziemy wzdłuż wysypiska śmieci. Kontrast ze śmieciami tworzą zielone latem pola uprawne. Dominują oczywiście winogrona.

Gagauzja

Poza stolicą nie da się nie zauważyć biedy, której w mieście tak wiele nie ma. Niski poziom mechanizacji rolnictwa zastępowany jest wielką inwencją miejscowej ludności – spotykamy dziwnie przerobione motory oraz traktory. Dziś w Europie chyba tylko tutaj można spotkać zaprzęgi z osłami, czy konne wozy drabiniaste. Cechą charakterystyczną wszystkich wsi są pięknie zdobione studnie oraz przydrożne kapliczki i skromne, ale często wymyślnie zdobione domy. Co ciekawe, wiele wsi jest skanalizowanych, jednak woda z wodociągów jest za droga i mieszkańcy nadal używają studni. Ciężko zrozumieć, że w prawie każdym domu jest telefon, telewizor i gaz, a tylko w co drugim bieżąca woda. 

Gagauzja

Życie skupia się wokół sklepów lub cerkwi. Świątynie z zewnątrz wyglądają niezbyt okazale, ale w środku prezentują się ciekawie. Szczególnie na nie zwracaliśmy uwagę, bo prawosławie jest jedną z rzeczy, która jednoczy Gagauzów. Dziś ta religia w Europie Wschodniej jest bardzo rozpowszechniona, a w czasach panowania imperium osmańskiego była jednym z elementów tożsamości narodowej. Tradycji tej nie zniszczył nawet Związek Radziecki. Obecnie w odbudowie prawosławia pomaga państwo, co widać po licznych, nowowyremontowanych świątyniach. 

[photosetgrid layout=”13″]Gagauzja, AvadarmaGagauzia GagauziaAvdarma, Gagauzia[/photosetgrid]

Wjeżdżamy do jednej ze wsi na południu Gagauzji, kompletną ciszę przerywa tylko bicie dzwonu. Cerkiew w środku robi wrażenie, jednak liczba wiernych nie jest oszałamiająca. Wydaje się, że prawosławie jest tutaj traktowane jako element tożsamości kulturowej, a nie przywiązanie do religii. Potwierdzają to badania naukowe – więcej Gagauzów deklaruje się jako prawosławni, niż jako wierzący. Udajemy się obejrzeć przycerkiewne pomniki. W tym rejonie jest ich równie dużo jak cerkwi. Najczęściej poświęcone są bohaterom wojennym, albo pomordowanym w czasie wojny. Nie wszystkie pochodzą z czasów ZSRR, niektóre są z wcześniejszego okresu, np. w Wulkaneszti znajduje się wysoki pomnik upamiętniający zwycięstwo Cesarstwa Rosyjskiego nad Turkami. Pomniki ku chwale Armii Czerwonej można bez trudu odnaleźć niemal wszędzie. Widać, że pamięć o przodkach jest ważna w Gagauzji, a tradycja budowania pomników jest kontynuowana. W Avadarmie trafiliśmy na nowo zbudowany memoriał ofiar okupacji niemieckiej. 

[photosetgrid layout=”22″]Gagauzia, AvadarmaAvdarma, GagauziaGagauzia, AvadarmaGagauzia, Avadarma[/photosetgrid]

Pomniki są zadbane, widać, że ktoś niedawno składał kwiaty. To dość dziwne, że w kraju, który nigdy nie miał armii, tak wiele jest pomników poległych żołnierzy. Najczęściej ginęli oni w czasie II wojny światowej i wojny afgańskiej. Sytuacja z armią może szybko ulec zmianie, jako że niedawno parlament Gagauzji postanowił stworzyć Gwardię Narodową, która właśnie może stać się zaczątkiem armii tej autonomii. Jakie niesie to ze sobą konsekwencje, możemy się tylko domyślać. Podobna sytuacja miała miejsce w 1991 roku, gdy Gagauzi utworzyli namiastkę sił zbrojnych – batalion „Budżak” złożony z kilkuset ochotników. Mołdawia postraszyła, że batalion zostanie rozwiązany siłowo, w reakcji na co w Komracie natychmiast pojawili się wysłannicy z Moskwy z obietnicami wsparcia wojskowego. Tamta sytuacja została rozwiązana pokojowo, jednak przy kolejnej próbie sił Moskwa może nie zrezygnować z możliwości zaistnienia w tym regionie. 

Co zobaczyć w Gagauzji

Quo vadis Gagauzja?

Co dalej będzie z Gagauzją? Ciężko przewidzieć. Już tydzień po naszym wyjeździe sytuacja zmieniła się diametralnie. Kilka dni temu doszło do zmiany na stanowisku mera w Komracie. Wybory zupełnie niepodziewanie wygrał Serghei Anastasov z prorosyjskiego ugrupowania „Nasza Partia”, pokonując wieloletniego mera Nicolai Dudoglo, popieranego między innymi przez związek „Nasza Gagauzja”. Wydaje się, że wyborcy wystawili rachunek za przyłączenie „Naszej Gagauzji” do prounijnej Mołdawskiej Partii Demokratycznej.

Nicolai Dudoglo przegrał również wybory na stanowisko baszkana, które objęła hołubiona przez Moskwę Irina Vlah, otwarcie przyznająca, że przyszłością Gagauzji są ścisłe relacje z Rosją.

Czy te zmiany symbolizują zaostrzenie polityki Gagauzji w stosunku do Kiszyniowa? Takie są deklaracje polityków, ale należy zauważyć, że w samym Kiszyniowie również zachodzą zmiany. W związku z zarzutami o sfałszowane wykształcenie, do dymisji podał się premier Mołdawii Chiril Gaburici. Sformowanie nowego rządu przez proeuropejskie partie może być trudne, a nowe wybory mogą oznaczać nowy rozkład sił. W ostatnich wyborach parlamentarnych, ze względu na zarzuty o finansowanie z Moskwy, do startu nie dopuszczono wspominanej wcześniej „Naszej Partii”, która osiąga coraz lepsze notowania w sondażach i właśnie zdobyła merostwa Bielic i Komratu. W związku z kryzysem rządowym i aferą bankową spadają notowania proeuropejskich partii.

Nowe wybory mogą przynieść nowe rozstrzygnięcia: wygrana prorosyjskich partii może zbliżyć Komrat i Kiszyniów, wynik przeciwny może z kolei skłonić Gagauzję do podjęcia prób zwiększenia swojej autonomii. Warto więc na pewno odwiedzać Mołdawię w najbliższym czasie i nie zapominać o Gagauzji, bo można trafić na moment, gdy historia stworzy się na naszych oczach.

Gagauzja